Do Gdyni przyjechałem jednym autem z dwoma fajnymi chłopakami z Wrocławia 
i jedną wspaniałą przecudowną koleżanką.
Wszystkich znajomych z wybrzeża przepraszam, iż się nie odezwałem,
co by wykonać  anodę, katodę, uziemienie i fazę , ale chyba wszyscy mnie zrozumieją, 
nie byłem sam a i czasu nie byłoby na to, bo zaraz wyszliśmy z portu w rejs.
Jeśli ktoś zechce posłuchać szybkiej relacji z tego naszego rejsu to proszę uzbroić się
w wyobraźnię i czytać, co niżej napisane:


W basenie jachtowym w Gdyni czekał nas już kapitan z twarzą spaloną jak rozżarzony pień w kominku, co i nam również się 
później wszystkim przytrafiło.
Wyszliśmy z portu Gdynia w poniedziałek 20 czerwca 2005 ok. 1000 kierując się prosto do Władysławowa,
lecz gdy ok. 1900 mijaliśmy Hel, 
to mgła przed lądem półwyspu helskiego która była ciemna i gęsta jak błoto uniemożliwiła nam dalszą żeglugę.
Takie zjawisko widziałem po raz pierwszy.
Niesamowity był widok jak z nikąd kilkadziesiąt metrów od nas wyłaniały się z mgły statki i zewsząd odgłos sygnałów 
mgielnych...
A więc wieczór i noc do 0300 spędziliśmy w porcie Hel. O świcie wyszliśmy 
w drogę do Wladysławowa, ale i tu znowu niespodzianka, bo po 3 godzinach ktoś
skutecznie zgasił wiatr a w morzu odbijały się chmury!!! 
A więc silnik zawarczał i powiózł nas do celu. Władysławowo przywitało nas ok. 1400, 
tam obiad, kąpiel w morzu ( woda zimna - nie polecam), pobraliśmy wodę i wracamy, 
wyjście ok. 1700.

Co ciekawe, wieczorem kilka godzin po wyjściu minęliśmy się z Darem Młodzieży, 
to był wspaniały widok trzech masztów z kompletem żagli na rejach
odbijających ostatnie promienie słońca.
Hel minęliśmy następnego dnia w środę ok. południa 
po całonocnej żegludze z zarwanymi godzinami snu między wachtami alarmami na żagle.
W nocy wiało nieregularnie, wiatr zmieniał kierunek i siłę,
i co raz trzeba było refować żagle, do tego jeszcze trzymanie kierunku na chmury
gdyż żaróweczka się spaliła i kompas nie świecił,...  Ale powiem wam, że to było owocne doświadczenie,
bo jak się okazało można tak płynąć i nawet trzymać kurs nie widząc kompasu.

Mieliśmy plan zawitać do Jastarni, ale szkwalisty wiatr zmusił nas znowu do
odwiedzenia portu Hel, dewastując wnętrze naszego jachtu i niszcząc nam
pyszne kanapki przyklejając je do ścian oraz pozbawiając kilku szklanych naczyń.

A więc znowu Hel do rana.
Tam załoga sprawiła mi bardzo miłą niespodziankę,
gdyż tego dnia, czyli 22 VI obchodziłem 38 urodziny. Wypiliśmy szampana z Neptunem,
co by go bardziej sobie zjednać, i chyba się udało, bo nad ranem sobie odpuścił i wiatr zelżał,
więc wracaliśmy już po spokojnym morzu poprzez molo w Sopot do Gdyni.

Generalnie było ciekawie i przyjemnie, zdobyłem dodatkowe godziny do stażu i
kolejny raz nauczyłem się, że morze uczy cierpliwości i pokory...
Rejs Bałtycki

20 do 23 czerwca 2005
powrót
Port jachtowy
Władysławowo
Zachód słońca na otwartym morzu